X
Jestem
w szoku, że są jeszcze osoby, które zaglądają na lusterko.
Mam nadzieję, że mimo mojej długiej nieobecności nie wypadłam z rytmu na tyle, by tym rozdziałem zaniżyć jako-taki poziom opowiadania.
Enjoy.
___________________
17 kwietnia 1977
Nawet nie wiesz, jak bardzo ulżyło mi, gdy powiedziałam Ci o tych kartach. Poczułam się dużo lepiej. Zupełnie tak, jakbym oddała Tobie część moich własnych zmartwień. Wiem, że być może nie okazuję Ci tego należycie, ale naprawdę jestem wdzięczna za wszystko, co dla mnie robisz. To co robisz dla wszystkich swoich przyjaciół, nie tylko dla mnie, jest piękne i nieocenione. Czasem myślę, że nie zasługuję na takiego przyjaciela jak Ty.
Tego przedpołudnia pokój wspólny Gryfonów wypełniło wyjątkowo głośne szuranie, przerywane od czasu do czasu ostentacyjnymi parsknięciami. Złorzecząc na przeraźliwy chłód panujący w zamku, Lily Evans usiłowała przestawić jeden z niskich stolików, oraz dwa fotele nieco bliżej kominka, w którym wesoło tańczył, dający zbawienne ciepło, ogień. Gdy po pół godzinie skończyła, zadowolona z efektu, sięgnęła do swojej skórzanej torby i zaczęła wyjmować z niej zdobyte dzień wcześniej książki dotyczące wróżbiarstwa. Zamierzała ułożyć dwa ostatnie woluminy na blacie, gdy dziura pod portretem otworzyła się i do pokoju wspólnego wszedł James Potter, ubrany w starą, flanelową koszulę i czarne spodnie. Niósł ze sobą cztery wielkie tomiska przewiązane paskiem od spodni przerzuconym przez ramię. W wolnej dłoni trzymał dwa kubki parującej kawy.
— Jesteś moją dłużniczką, Evans — wysapał, opadając na jeden z foteli. — Moja opinia wiecznego lesera, starannie budowana przez długie sześć lat, właśnie z hukiem legła w gruzach. Prince była w wielkim szoku, gdy pojawiłem się w bibliotece, po czym o mały włos nie dostała zawału widząc, że zamierzam wypożyczyć te książki. — Wskazał podbródkiem na leżące u jego stóp tomiska. — Mógłbym przysiąc, że robiła się na zmianę purpurowa i zielona. W ostatniej sekundzie dostała jakiegoś ataku paniki i nie chciała ich puścić. Podejrzewam, że przypomniała sobie o tym, w jakim stanie była książka zwrócona jej cztery lata temu przez Syriusza… — Lily obdarzyła go słabym uśmiechem, na widok którego poczuł, że coś przewraca mu się w żołądku. Bynajmniej nie z radości. — Tak właściwie to co zamierzasz zrobić z tym wszystkim? — spytał, podając jej jeden z parujących kubków.
Evans omiotła zmęczonym spojrzeniem książki, które udało im się zdobyć, po czym powoli upiła łyk kawy, starając się zyskać trochę więcej czasu na udzielenie mu odpowiedzi. Podniosła wzrok z jasnobrązowej cieczy pływającej w jej kubku, przenosząc spojrzenie na jego twarz.
— Myślałam o tym całą noc i stwierdziłam, że mamy dwie opcje — oznajmiła, obracając kubek w dłoniach i czując jak powoli rozgrzewa jej skostniałe palce. — Albo te karty są przesyłką dla każdego z nas z osobna, rozumiesz, Kochankowie są twoją przestrogą, Głupiec – moją. Istnieje jednak prawdopodobieństwo, że nasze karty niestety mogą mieć ze sobą coś wspólnego.
*
Jej szybkie i nieco nerwowe kroki nienaturalnie głośno dudniły w niemalże pustym korytarzu. Czarna, zapięta niedbale i w pośpiechu, szata łopotała za nią cicho, a niesforne kosmyki wydostały się z luźnego koka, który w pośpiechu upięła na karku. Zmięła w dłoniach kawałek pergaminu, który otrzymała podczas śniadania, po czym ze złością wepchnęła go do tylnej kieszeni dżinsów. Zaklęła siarczyście pod nosem, gdy o mały włos nie wpadła na jakiegoś wystraszonego pierwszoroczniaka. Poprawiła torbę wiszącą jej na ramieniu, wzięła dwa głębokie wdechy, po czym, możliwie jak najdyskretniej, weszła do jednej z nieużywanych klas.
— Wiedziałem, że można na ciebie liczyć, Colter. — Usłyszała zanim drzwi zdążyły się za nią zamknąć.
Wstyd jej było się do tego przyznać nawet przed samą sobą, gdy o mały włos nie podskoczyła ze strachu słysząc tak dobrze znany jej, przepełniony sarkazmem, głos. Evan Rosier stał niedbale oparty o ścianę, uważnie lustrując ją spojrzeniem swoich zimnych, szaroniebieskich oczu. Gdy tylko ją dostrzegł, uśmiechnął się jak myśliwy, który dopadł swojej ofiary. Dała sobie sekundę na ujarzmienie targających nią emocji, po czym, już całkowicie opanowana, utkwiła w nim wyzywające spojrzenie.
— Czego chcesz, Evan? — warknęła, starając się by jej głos zabrzmiał w miarę spokojnie nie zdradzając najmniejszych nawet emocji.
Chłopak uśmiechnął się leniwie, po czym śmiało zrobił kilka kroków w jej stronę. Miała ochotę się cofnąć, jednak w ostatniej chwili zwalczyła w sobie ten niezbyt odważny odruch.
— Może trochę grzeczniej, co Colter? — wysyczał, uśmiechając się do niej ironicznie. — Doszły do mnie słuchy, że ostatnimi czasy kontaktowałaś się z Pierrem.
Poczuła, że nogi zaczynają odmawiać jej posłuszeństwa, a kolana zrobiły się wyjątkowo miękkie. Przez chwilę w jej oczach błysnęła mieszanina zdziwienia i strachu. Ku jej rozpaczy nie uszło to uwadze Ślizgona.
— Nie rozumiem, o czym mówisz — powiedziała, starając się ratować resztki dawnego animuszu.
Zrobiła kilka kroków w stronę drzwi z zamiarem jak najszybszego opuszczenia tej klasy. Nie chciała rozmawiać z nim dłużej niż to było konieczne.
— Och, nie udawaj głupiej, kuzyneczko — zaśmiał się Rosier, jednak jego śmiech pozbawiony był najmniejszych nawet śladów wesołości. — Czasy się zmieniają. Doprawdy, ubolewam nad twoim niedoinformowaniem. — zadrwił, w teatralnym geście przykładając sobie dłoń do piersi. — Drew już dawno wyjechał z Francji. Nie chwalił ci się?
Zamarła w pół kroku, starając się opanować silny dreszcz, który wstrząsnął jej ciałem.
— Nie — szepnęła, po czym wyszła, trzaskając drzwiami.
*
— Kochankowie, karta odwrócona. Przestrzega przed związaniem się z kimś lub czymś, co nie zasługuje na twoje uczucia, lekceważy cię lub sprawia ci sporo kłopotów. Może to dotyczyć partnera życiowego, organizacji lub wspólnego interesu. Kontynuowanie tego związku przynosi ci złą reputację. Karta, może wskazywać na bliskie rozstanie lub zerwanie przyjaźni, miłości lub związku. — przeczytała Lily, podnosząc na chwilę wzrok, by zbadać reakcję szukającego.
— Te książki to jeden wielki bełkot, Lily — oznajmił James, zaciskając dwa palce na kości nosowej i zamykając oczy. — Czytamy w kółko te same informacje i nie posunęliśmy się w tej sprawie ani o cal do przodu. Nie zniosę więcej.
Przez ostanie trzy godziny uparcie wertowali nieliczne książki dotyczące wróżbiarstwa, które udało im się zdobyć w hogwarckiej bibliotece. Każde z nich czytało w ciszy, którą przerywali od czasu do czasu by wymienić się jakimiś znalezionymi uwagami, które miały pomóc im w rozwiązaniu karcianego problemu. Mimo szczerych chęci i masy wysiłku jaki włożyli w poszukiwania, żadna z ksiąg nie okazała się być pomocną i nie przybliżyła ich do rozwiązania problemu.
— Chyba masz rację — odparła Lily z rezygnacją, zamykając czytaną przed chwilą książkę i odkładając ją na, zawalony różnymi rupieciami, stolik.
Przeciągnęła się lekko w fotelu, po czym odgarnęła włosy z oczy i związała je w kitkę. Przetarła dłonią zmęczone oczy i utkwiła nieobecne spojrzenie w migoczących w kominku płomieniach ognia, starając się opanować targające nią emocje, z których dominującym uczuciem był strach. Podkuliła pod siebie nogi i objęła je ramionami. Konieczność opanowania straszliwego dławienia w gardle, i jakiegoś przygniatającego ciężaru w okolicach żołądka, równoczesna konieczność oddychania i próby opanowania nerwów sprawiały, że dostała dreszczy. Z całej siły zacisnęła zęby i otuliła ramiona kocem.
— Hej, spokojnie — powiedział James, w ułamku sekundy znajdując się tuż przy niej. — Przecież nic złego się nie dzieje — dodał, poklepując ją przyjacielsko po kolanie. Nie mógł patrzeć, jak ta dziewczyna się katuje. Z dnia na dzień marniała w oczach. Jej włosy zrobiły się bardziej matowe, a z oczu zniknął dawny blask, który od zawsze tak bardzo mu się podobał. Gdy tylko zobaczył ją rano od razu dostrzegł sine cienie pod jej oczami świadczące o, kolejnej już, nieprzespanej nocy i nienaturalnie bladą cerę. Lily zawsze była dość blada, jednak teraz kolor jej skóry mógłby śmiało konkurować z barwą ścian w Skrzydle Szpitalnym. Mało tego, mógłby też przysiąc, że schudła.
Gdy nie doczekał się jakiejkolwiek reakcji z jej strony, kontynuował:
— Posłuchaj, Lily. Myślę, że te karty nic nie znaczą, ktoś po prostu próbuje nas zastraszyć i, sądząc po twoim zachowaniu, osiągnął zamierzony cel. Obiecuję ci, że dowiemy się kto…
— Muszę iść — oznajmiła nagle, przerywając mu w połowie zdania. Jej oczy rozszerzyły się nienaturalnie, jakby przypomniała sobie o czymś niezwykle ważnym. Zdawało mu się również, że dostrzegł w nich coś jakby cień fanatyzmu — Muszę iść. Do… biblioteki, tak. — dodała bardziej do siebie niż do niego, po czym poklepała go niezdarnie po dłoni i niemalże wybiegła z pomieszczenia.
*
Dałam Ci szansę na powrót do domu, ale jej nie wykorzystałeś. Po tym wszystkim, co nam zrobiłeś możesz zapomnieć, że jesteś Blackiem. Zhańbiłeś nasze nazwisko zachowując się jak największy wielbiciel szlam. W przeciwieństwie do Regulusa nigdy nie umiałeś wybierać sobie przyjaciół. Wolałeś taplać się w szlamie i brylować w towarzystwie zdrajców krwi. Mawiają, że „z kim przystajesz, takim się stajesz” i teraz z całą mocą mogę zauważyć, że dotyczy to również i Ciebie. Nie życzę sobie żebyś kiedykolwiek jeszcze pokazał się na Grimmauld Place.
Matka
Klnąc szpetnie pod nosem i mnąc w dłoniach krótki list wyszedł z sowiarni z zamiarem możliwie jak najszybszego dotarcia do kuchni, w której skrzaty domowe gotowe były spełnić jego każdą, najmniejszą nawet zachciankę. Nigdy nie planował wracać do rodzinnej posiadłości, ale po tym liście – jeśli właśnie tak można nazwać zaledwie kilka ociekających jadem zdań – coś w nim pękło. Od zawsze wiedział, że nie jest ulubieńcem matki, ale nie spodziewał się po niej tak otwartej wrogości. Bądź co bądź jest… był, jej synem. Był zły na siebie za to, jak bardzo poruszył go ten list. I jeszcze ta bezczelna wzmianka o jego przyjaciołach. Pewnie! Dla Walburgi Black dużo lepszym towarzystwem dla jej cudownych dzieci zapewne byłaby grupa młodych popleczników Voldemorta. Cóż, musiał przyznać, że chociaż jeden syn udał jej się pod tym względem i spełnia wymagane przez nią warunki. Wyprowadzając się do Potterów zamierzał jedynie odciąć się grubą kreską od swojej pokręconej rodziny. Nie zrobił tego po to, by toczyć z nimi wojny. Chciał jedynie zacząć żyć własnym życiem i chociaż na chwilę być sobą. Ze złością uderzył pięścią w gruby mur zamku. Zbiegał po schodach pokonując po dwa stopnie na raz. Był już na jednym z korytarzy, gdy do jego uszu dobiegło ciche pociąganie nosem.
Zatrzymał się, nasłuchując przez chwilę uważnie, by móc dokładnie zlokalizować źródło dźwięku. Po krótkiej chwili stwierdził, że odgłos ten musi dochodzić z komórki na miotły położonej kilka metrów od niego. Powoli, niemalże na palcach zbliżył się do drewnianych drzwi strzegących wejścia do małego pomieszczenia, po czym sprawnym ruchem otworzył je szeroko.
— Colter? — zdziwił się, widząc dziewczynę siedzącą na podłodze z podkulonymi pod siebie nogami. Długie blond włosy opadły jej na twarz, więc nie był pewny czy płacze. Musiał jednak przyznać, że wyraźnie coś musiało ją złamać. Obojętność nie była jej standardową reakcją na jego widok. Przyzwyczaił się już do szybkich i ciętych ripost, które serwowała mu za każdym razem, gdy się spotykali. Podszedł do niej i już miał ją podnieść, gdy nagle podniosła głowę i spojrzała na niego zaczerwienionymi oczami.
— Black — wysyczała, jakby nagle przypomniała sobie o czyjejś obecności. — Bądź tak uprzejmy i zostaw mnie w świętym spokoju, co? — dodała patrząc na niego wyzywająco.
Musiał przyznać, że z zapuchniętymi oczami i zaczerwienionym nosem wyglądała tak samo bezbronnie jak skrzat domowy. Skrzat domowy… to porównanie o czymś mu przypomniało.
— Dobra, Colter — oznajmił, podejmując pewną decyzję. — Ja nie lubię ciebie, ty nie lubisz mnie i oboje dobrze o tym wiemy, ale w tej chwili doskonale wiem, czego potrzebujesz. Wierz mi, o nic nie będę pytał.
— O czym ty znowu pieprzysz, Black? — spytała wyraźnie zbita z tropu.
— Zanim cię usłyszałem szedłem do kuchni z zamiarem wypicia porządnej butelki Ognistej — oznajmił, wkładając ręce do kieszeni. — Chcesz się przyłączyć? — spytał. — Muszę przyznać że mimo mojej wyjątkowej urody picie do lustra nie jest mi specjalnie na rękę.
Zastanowiła się przez chwilę, po czym ledwo zauważalnie skinęła głową i podniosła się z ziemi.
*
Od ponad godziny szukała go na szkolnych korytarzach, w bibliotece, Wielkiej Sali, na błoniach. Zdawała sobie sprawę z faktu, że jej sytuacja jest naprawdę beznadziejna, o ile nie osiągnęła punktu krytycznego, i jeśli naprawdę chce rozwiązać tajemnicę kart tarota musi schować własną dumę do kieszeni i zwrócić się do niego o pomoc. Mimo silnego postanowienia pożegnania się z własną godnością, co wcale nie przyszło jej łatwo, nigdzie jednak nie mogła go znaleźć. Wyglądało na to, że szczęście zupełnie ją opuściło.
Zrezygnowana, już miła wracać do wieży Gryffindoru, gdy nagle zauważyła znajomą postać wychodzącą z klasy zaklęć. Zatrzymała się na chwilę, chcąc zyskać absolutną pewność. Nie brakowało jej kłopotów, dlatego też nie zamierzała sobie przysporzyć następnych. Obserwowała go przez chwilę, po czym westchnęła z ulgą na widok blond czupryny i błękitno-brązowego mundurka, który świadczył o przynależności do Ravenclawu. Gdy tylko zyskała stuprocentową pewność, zaczęła biec w jego stronę, wołając go po imieniu. Usłyszał ją natychmiast. Adam Heap zatrzymał się i uśmiechnął do niej przyjaźnie, gdy, zdyszana i zaczerwieniona, dobiegła do niego.
— Lily — przywitał się, po czym utkwił w niej badawcze spojrzenie błękitnych oczu. — Miło cię widzieć. Co cię do mnie sprowadza?
Evans wiedziała, że w tej sytuacji nie ma co owijać w bawełnę. Przestąpiła niepewnie z nogi na nogę, próbując jakoś ubrać w słowa swoją prośbę. Było jej tym bardziej głupio, że gdy sam zaproponował jej to wcześniej, dość obcesowo mu odmówiła. Wytarła drżące i spocone dłonie o swoje dżinsy, po czym odgarnęła z twarzy zabłąkany kosmyk włosów chcąc zyskać odrobinę więcej czasu i, możliwie jak najodważniej spojrzała mu w oczy.
— Gdy się ostatnio spotkaliśmy… wiesz, w bibliotece — zaczęła, uważnie badając jego reakcję — mówiłeś… Mówiłeś, że znasz jakieś miejsce, w Hogsmeade, gdzie znajdę kogoś, kto będzie w stanie udzielić mi pomocy. Mam na myśli tarota.
— Pamiętam — odparł, wkładając ręce do kieszeni dżinsów. — Odmówiłaś.
Poczuła, że, wbrew własnej woli, jej policzki oblały się intensywnym pąsem. Nie opuściła jednak głowy. Przeklinając swoją jasną cerę, starała się twardo wytrzymać jego świdrujące spojrzenie.
— Wiem — powiedziała zgodnie z prawdą. — Jednak moja sytuacja trochę się skomplikowała i zmieniłam zdanie — wyznała. — Jeśli oczywiście twoja propozycja jest nadal aktualna — dodała pospiesznie, nie chcąc go urazić.
Przygryzła nerwowo dolną wargę, oczekując na jego odpowiedź.
Nie zadawał jej żadnych, zbędnych pytań. Patrzył tylko na nią przez długą chwilę, jakby starając się ocenić jej intencje, po czym powiedział:
— Najbliższe wyjście do Hogsmeade jest za tydzień w sobotę. Spotkajmy się na głównym dziedzińcu o dwunastej.
*
Kuchnia Hogwartu była niewątpliwie miejscem wyjątkowym i niezwykle urokliwym na swój sposób. Rozkład pomieszczenia idealnie odpowiadał wyglądowi Wielkiej Sali znajdującej się piętro wyżej. Nawet stoły rozmieszczone były dokładnie w tych samych miejscach, co te rozstawione w Wielkiej Sali. Z wysokiego sklepienia zwisały dwa, olbrzymie, wiekowe żyrandole, w które wetknięte były dwa tuziny świeczek. Przez cały czas słychać tam było odgłosy pracy wielu skrzatów domowych dbających o to, by uczniowie mieli co jeść. Wszystkie ściany obwieszone były różnej wielkości rondlami wykonanymi z rozmaitych materiałów. Wzdłuż jednej z dłuższych ścian ustawiony był olbrzymi, mahoniowy kredens, w którym znajdowały się złote i srebrne kielichy, oraz zastawy.
Siedzieli przy niewielkim, drewnianym stoliku postawionym nieopodal ceglanego paleniska, w którym wesoło trzaskał ogień. Przechodzące obok nich co jakiś czas skrzaty domowe rzucały im wymowne spojrzenia, jednak przyzwyczajone do służenia czarodziejom bez słowa spełniały każdą ich prośbę. Dlatego też pomiędzy nimi stała, prawie w całości opróżniona, butelka Ognistej Whisky.
Syriusz niedbale odchylał się lekko na krześle. Czarna, przydługa grzywka opadała mu nonszalancko na oczy. Całkowicie rozwiązany krawat miał niedbale przerzucony przez szyję, a jego koszula domagała się porządnego prasowania. Jego towarzyszka wcale nie prezentowała się lepiej. Cała zaróżowiona utkwiła w nim mętne spojrzenie szarych oczu, a dotychczas schludnie związane, długie blond włosy rozsypały się na jej plecach tworząc gdzieniegdzie małe kołtuny, ale ona zdawała się tym absolutnie nie przejmować. Po raz pierwszy od bardzo dawna przestała się wszystkim martwić. I podobało jej się to. Cholernie.
— Wiesz co, Black? — zaczęła, wychylając kolejny kieliszek. — Wcale nie jesteś takim twardzielem, za jakiego się masz — wydukała, chwiejnie celując palcem w jego pierś.
— I vice versa, Colter. I vice versa — mruknął, opróżniając swoją szklankę.
— Powiem ci jeszcze coś — pochyliła się lekko w jego stronę. — Założę się, że to wszystko — tu zakreśliła nad nimi wielkie koło dłonią, w której trzymała pusty kieliszek — przez kobietę.
Zaśmiał się głośno, co skojarzyło się jej z szczeknięciem psa.
— Można tak powiedzieć, Colter — odpowiedział, po czym również nachylił się ku niej. — Pozwól, że teraz ja coś ci powiem.
— Wiem, skończyła się nam Ognista — zaśmiała się, z hukiem odstawiając swój kieliszek. Już zamierzała się odwrócić by zawołać skrzata z kolejną butelką, gdy nagle poczuła, że ktoś przygwoździł jej dłoń do stołu.
— Nie o to mi chodziło — powiedział, odstawiając na bok pustą butelkę. — Miałem raczej na myśli to, że jesteś już totalnie zalana. I może jeszcze, że masz cholernie słabą głowę. — zaśmiał się, wstając. Czuł, że lekko kręci mu się w głowie, ale w porównaniu ze stanem Krukonki był jak nowo narodzony. — Wierz mi lub nie, ale jesteś beznadziejnym kompanem do kieliszka. Gorszym nawet niż Peter. — oznajmił. — A teraz, Colter, wstajemy — powiedział, podchodząc do niej i ujmując ją za łokcie, by pomóc jej się podnieść.
Z lekkim ociąganiem i wyraźną niechęcią wstała z krzesła. Potknęła się o niewielki rondelek stojący u jej stóp i ze śmiechem wpadła prosto w ramiona Gryfona. Zatoczył się lekko, chroniąc ją przed upadkiem. Dziewczyna, nadal się śmiejąc, podniosła lekko głowę i spojrzała mu w oczy. Nim zdążył cokolwiek powiedzieć poczuł jej usta na swoich. Był to krótki, zmysłowy pocałunek.
— Pamiętasz jak powiedziałem, że jesteś beznadziejna, jeśli idzie o picie? — spytał. — Odwołuję to. A teraz, Colter, pozwolisz mi się grzecznie odprowadzić do swojej wieży.
piątek, 12 lutego 2010,13:45:23
komentarze [12]
szablon
Szablon wykonała Carly, przy użyciu tego i tego. Tylko i wyłącznie na potrzeby lusterka. Proszę się nie częstować. Całość zasila majhost i mylog.
Najlepiej oglądać w firefoxie.